Moje języki
← Wszystkie wiersze

Wiersze z taboretu · 2025

Zachód słońca

Między domami podobnymi do czapli, Kanałami wąskimi jak kałuża. Ludzie tam podobni jak dwie krople wody. Grzbiet mają zdarty ciężką codziennością. Patrzą wzrokiem dzikim jak u kota. Między nami przepaść i jeszcze troszkę. Szczerym uśmiechem rozcieńczam surowość. Wszystko tu po prostu, a wokół nędza. Ktoś na ganku zaciąga się papierosem. Dzieci skaczą z piłką na wpół nagie. Z dobytku — kije, sieci, liny. Ani mody, ani trendów — byle jakie łachy. Po wąskich deskach idziemy do łodzi. Tak huczy, że nie słychać myśli. Parę okrzyków „o rany!” i gardło zachrypłe. Nasza łódź VIP szybko tnie fale. Oto rybak, patrząc mi prosto w oczy, Brudnym palcem sięga po papierosa. Ten upadł, lecz podnieść nie chce. Niech nie myślą, że niby nie ma dumy. Wodna droga zaprowadziła nas do miejsca, Gdzie po jeziorze rozrzucone domki. Życie kipi jak z opowieści z dzieciństwa, Które marzyłem zobaczyć jako chłopak. I oto ja, rozwalony na dachu, Piję roztwór tropikalnego soku. Czuję, że w środku zrobiło się ciszej. Kontempluję niebo z otwartych okien. Ten zachód, w pięknym szkarłatnym kolorze I różowe wstawki warstwa za warstwą. Szereg pytań i odpowiedzi Pobiegł równym, płynnym szykiem. Pobiegły wersy, dalej, dalej W dal, tam gdzie oko nie widzi lądu. Świat przeze mnie płynie wciąż tak samo… Popatrzę i odejdę, niczego nie naruszając…
Roboczy przekład, autor jeszcze go poprawia · napisane po rosyjsku