Moje języki
← Wszystkie wiersze

Wiersze z taboretu · 2024

Cykl

Radość wypełniła komnaty ciała. Wyszli na ulicę młodzi bogowie. Wyszli pod dach świętego pałacu, wzniesionego myślą ojca-mędrca. Uderzenia serca, jak dźwięki dzwonu na trwogę, głośniejsze niż grzmoty groźnej burzy. Rwie się, pragnąc przebić się na zewnątrz, skurczami bije o cienką skórę. Ach, ile światła i ziemskiego szczęścia ciało, niestety, zakuło w kajdany. Ile miłości i boskiej rozkoszy kryją głębokie śniegi zapomnienia. Oddałbym wszystko — i włóczyłbym się po świecie w poszukiwaniu żywotnie ważnych odpowiedzi. Kim i po co jestem? Skąd i dokąd? Gdzie ten, kto nam podarował ten cud? W każdym z nas jest okruch Władcy. Stado — świadomość, żyje w każdym ptaku. Sens lotu tkwi w jego doznaniach, w chwilach, które przepełniają życie. Wiele teorii rodzi nauka: dzieci naczelnych, skutek dźwięku, produkty wielkiego wybuchu i rozpadu, sprytnie przemyślany klocek Lego. Cokolwiek wymyślisz — wszystko takie ciekawe. Najważniejsze, żeby masom nie było mdło. Sens polega tylko na tym, że odpowiedź jest niepotrzebna. Strach ogarnia przy rozbitym korycie, w kałuży. Wieczorem ciało w parze ze zmęczeniem szuka wolnego miejsca przy barze. Zamiast wygodnej, czystej pościeli — nocne: „Kocham”, „Kupię”, „Lecimy”. Ale nalatawszy się, pora wylądować — z tym wcale nie jest łatwo się pogodzić. Niestety, nie da się opuścić znudzonej świątyni. Ponurzy bogowie idą do domów.
Przekład autora · napisane po rosyjsku