Moje języki
← Wszystkie wiersze

Wiersze z taboretu · 2024

Jak małostkowo, bezsensownie i aż mdli

Jak małostkowo, bezsensownie i aż mdli, Gdy rzucasz urazy głową w ciemność. I głębokiego wdechu wziąć nie sposób. Tylko kołdra przykrywa nagość. Przykryję nią niemą urażoną dumę. Ona milczy z bólu i ze wstydu. Tylko pokłada nadzieję w świętej łaskawości, Której źródłem jest ślepota. Jakby mniej było tlenu. Silnik dubluje uderzeniami w brzuch. Jak więzień, co odzyskał wolność, Łykam łapczywie powietrze u bramy. Gałki oczne nie znają spokoju Pod cienką i delikatną skórą powiek. Tak, może i nie z grubego sukna. I nie gówniarz, a dorosły człowiek. I głośne dzwonienie w uszach — takie uczucie — Psom na ulicy nie daje zasnąć. I powodzi barwne szaleństwo. Odcienie, co prawda, budzą grozę. Leżę, oddycham, żyję i umieram. Pod brzemieniem tej głośnej ciszy. Koty drapią, lecz boją się szczekania, Jak wierzący — łaski szatana. Zdaje się, prawda rozbita na części. Na kupkę drobnych domysłów i prawd. Ignorancja i strach, rozdziawiwszy paszcze, Piją moją nadzieję we dwoje na bruderszaft. Morfeuszu, przyjacielu, chcę w twoje objęcia. Tylko na noc, co ty, nie, nie na zawsze… Daleka droga do pełnej akceptacji, Ale przeczołgać się nią przyjdzie każdemu, na pewno.
Roboczy przekład, autor jeszcze go poprawia · napisane po rosyjsku