Wiersze z taboretu · Wcześniej
Proszę, uspokój się
Proszę cię, uspokój się i nie stukaj już dłużej
o tę klatkę żebrową, w ciemności, w niewoli.
Zacznij pragnąć sennych, wczesnych świtów
i spotkań, jeśli nie ostatnich — to choć najdalszych.
Zachodów słońca — gdy słońce kładzie się spać w polu…
Stukaj, krzycz, ale już teraz bez dręczącego bólu…
I bez nocnych histerii, głośnych, z niecenzuralnym tekstem.
Po co potem leczyć to wszystko pijanym seksem?
Do zeszytu ciskać ogryzione kości słów.
Nie trzeba światła, powietrza, ani tamtych zapomnianych snów…
Swobodnego spadania aż do soczystego uderzenia o akceptację.
Potem apatia… z krzyża od tylu lat nijak jej nie zdjąć…
Siostry-bliźniaczki Wola i Wolność,
biedactwa, proszą się, stukają rok za rokiem…
Majaczą w oknach — żeby zauważyła je Nadzieja.
Ona jedna, w srogie mrozy, jedynym ubraniem
ratuje ciebie, ślepego i zmarzniętego nieuka,
dziś, jak nie raz ratowała wcześniej,
nie przed kimś — lecz przed strasznym tobą samym.
Nikogo nie będzie jej droższego.
Wszystko będzie — i długo wyczekiwana radość triumfu.
Tylko po co komu niepotrzebna brawura?
Fałszywe udawanie dobroczyńcy.
Nakłamać sobie stertę, nie zaczerwieniwszy się ani trochę,
rozrzucając perły przed różowym, puszystym ryjkiem,
i wpychając się gdzie popadnie, korzystając z mydełka.
Choćby nawet zagranicznego, choćby nawet ładnie pachnącego —
wchodząc do twojego domu, Pan Bóg mimowolnie sapnie
i szybko-prędko umknie do siebie.
Zapłacze krwią Matka na ikonostasie.
I nie odkupisz się łzami ani błaganiem — tylko czynem,
trudem, ramię w ramię z ludźmi, przy białym świetle,
dopóki się pewnego dnia nie obudzisz
zdolny dostrzec Jedność w każdym.
Umieć oddzielić kotlety od roju much,
zdolny poczuć wolnego, wiecznego ducha
i opiewać go w trudne dni powszednie,
nie lękając się nadejścia wszelkich sądnych wydarzeń.
I bardziej grzeszny będzie ten, kto ani razu w Wieczność
nie wypuścił z klatki Człowieczeństwa…
Oryginał · RU
Прошу, уймись
Прошу тебя, уймись и не стучи уж боле
Об эту рёберную клетку, в темноте, в неволе.
Начни хотеть рассветов сонных, ранних
И встреч хотя бы не последних — только крайних.
Закатов — когда солнце спать ложится в поле…
Стучи, кричи, но уж теперь без мучающей боли…
И без истерик полуночных, громких, с нецензурным текстом.
Зачем потом залечивать всё это пьяным сексом?
В тетрадь швырять обглоданные кости слов.
Не нужно света, воздуха, ни даже тех забытых снов…
Свободного падения до смачного удара о принятие.
Потом апатия… с креста уж столько лет никак не снять её…
Близняшки-сёстры Воля и Свобода,
Бедняжки, просятся, стучатся год от года…
Маячат в окнах — чтоб заметила Надежда.
Она одна в морозы лютые — единственной одеждой
Тебя, слепого и озябшего невежду,
Спасает нынче, как не раз спасала прежде,
Не от кого-то — а от страшного себя же самого.
Дороже ней не будет никого.
Всё будет — и триумфа долгожданная отрада.
Да только вот кому нужна ненужная бравада?
Фальшивое притворство добродея.
Наврать с три короба себе, ни капли не краснея,
Разбрасывая жемчуг перед розовым пушистым рыльцем,
И лезть куда ни попадя, воспользовавшись мыльцем.
Пусть даже импортным, пусть даже вкусно пахнет —
Войдя в твой дом, Господь невольно ахнет
И скоро-наскоро умчится восвояси.
Заплачет кровью Матерь на иконостасе.
И не откупишься слезами и мольбами — только делом,
Трудом, плечом к плечу с людьми при свете белом,
Покамест не пробудишься однажды
Способным наблюдать Единость в каждом.
Уметь котлеты отделить от стаи мух,
Способным чувствовать свободный вечный дух
И воспевать его в рабочих буднях трудных,
Не страшиться прихода всех мероприятий судных.
И боле грешен будет, кто ни разу в Вечность
Не выпустил из клетки Человечность…