Moje języki
← Wszystkie wiersze

Wiersze z taboretu · Wcześniej

Grudzień

Grudzień cicho legł ciężarem na ramiona, strząsnąwszy z nieba błyszczący pyłek. Coraz częściej wieczorem zapalam świece, siedzę, długo myśląc, niczym mędrzec. „Nie jesteś sam, jest nas wielu” — szeptała cisza, a płomyk przytakiwał, topiąc wosk. Tą mądrością, że wszystko wielkie mieści się w małym, ogrzać by serce, nie tylko umysł. Przejrzysta tarcza broniła przed atakami wiatru, nie wpuszczając do domu niewidzialnego wroga. A śnieg z deszczem wrzynał się w głąb ziemi, jak błoto rozbija podeszwa buta. Zimna podłoga przywróciła mnie do rzeczywistości. Światło cienką strużką sączyło się w ciemność. Jak tu znaleźć choć odrobinę pragnienia? O świecie, jak odzyskać tamtą dawną radość? Trzask bąbelków wody w naczyniu z dzióbkiem przyciągnął uwagę, natrętny gwizdek. A latarnie w oknie patrzyły spode łba: „Tobie by nie kawy, lecz łyku miłości!” Szczęśliwy ten, kto żyje życiem w chwili i nikogo nie chce przekonywać. Bezcenna jest każda klatka filmu. Marz, twórz, nie warto wiecznie czekać.
Przekład autora · napisane po rosyjsku