Moje języki
← Wszystkie wiersze

Wiersze z taboretu · 2025

Obłoki

Oblekając moje myśli, Obłoki kiwają, iskry Słońce śle ponad oczodoły. Myśli znów padły na twarz. Nie ma ich, jakby wszystko zgasło, Roztopiło się jak masło. Mózg spokojnie zszedł z tronu. Jest dobry, ale lepiej bez. Głowa niczyja. Pewnie Tak dawno chciała osobno. Mróz — i gęsia skórka biegnie, Ech, cudownie, pomodlę się. Piersią miarowo rytm jazzu. Uczucia zamieniając w frazy, Trochę bezsłowności. Wysyłam radość w drogę. Do dalekich brzegów, W okna śpiących teremów. Niech cichutko legnie obok, Zabierze dziennego jadu, Co przez dzień mógł się nazbierać. Jak wszystko zgarnie — w nogi, Na łeb na szyję, z powrotem, Znów tam, gdzie tak przyjemnie. Nie ma interpretacji, złości. I nikt nikogo nie obgaduje… Wraca w kanały… Czuję — serca więcej się zrobiło. Więcej krwi, więcej sił. Ja w ogóle nie prosiłem… Nie było „a nuż, a jeśli”. Wszystko wróciło jako pieśń. Zabrzmiało unisono. Słyszę cicho, jak przez sen, Myśli proszą się z powrotem, Odpocząwszy porządnie od ciężaru. Po okablowaniu znów pod kopułę Ożywiać prędzej trupa. Pobudzać na nowo nerwy. Ścigają się — kto pierwszy? Oto fala poszła przez ciało, Do serca znów pchając śmiało Mieszankę, gorącą jak krew. Do środka prosi się miłość.
Roboczy przekład, autor jeszcze go poprawia · napisane po rosyjsku