Moje języki
← Wszystkie wiersze

Wiersze z taboretu · 2025

W oczach

W oczach zmęczonych, ze znużeniem w mięśniach nawiniętych na chude, z czarnym włosem, ręce. Jak papier toaletowy na okrągłej rolce. Palce zręczne jak obcęgi sprawnie wyjęły tabletkę z paczki o jakiejś dziwnej nazwie. On stoi — jak posąg. W milczeniu patrzy w szybę, drętwiejąc, jak po asfalcie płynie tłok z ciemnawych ubrań i czapek, męskich twarzy, z papierosami na bok. Od przyciśniętego czoła rośnie plamka. Koty kręcą się obok. Oba ocierają się o nogi, ogoniaste bestie, nie rozumiejąc — czemu on stoi jak posąg… Jak mu nie wstyd — nawet nie patrzy! Deszcz smaruje okna swoimi dzieciakami. On stoi, nie drgnie, jak na polowaniu, nie dając szans skradającym się wymiotom. Złość i bezsilność — w jednej szklance. Ból, obnażony jak bielizna w kankanie, skacze tam i z powrotem, drgając nóżkami, i co chwila rozpraszają go koty. Oczy zastygły, błyszczą jak u lalki, bez emocji, bez nawet słabego «o rany». Narastający puls w potylicy zgasł jak rozum nad jakąś butelką. Nareszcie przeszło. Pomaga lekarstwo na chroniczną podstępność organizmu. On wciąż tak stoi — w niewoli dolegliwości, bojąc się zdradzić przed przeklętym bólem głowy.
Roboczy przekład, autor jeszcze go poprawia · napisane po rosyjsku