Moje języki
← Wszystkie wiersze

Wiersze z taboretu · 2024

Kiedy słowa stają się wulgarne

Kiedy słowa stają się wulgarne, oczy mokre, a nogi z waty. Kiedy kłamstwo staje się faktami, bractwa — sektami, a myśli — zamachami. Ludzie dzielą się na kasty, uczuciami mdłymi, krzykami częstymi. Czystymi kwintami, ostrymi sekundami i dźwiękami szpetnymi. Pustymi tekstami, wszelkimi środkami i bogactwa pokusami. Bez należytego taktu, cudzymi literami obrastamy w kontakty. Sojuszami tymczasowymi, wojnami wiecznymi, paktami o nieagresji. Niezliczonymi ofiarami, patriotycznie nastawionymi plakatami. Prawdą i nieprawdą, zapomnianymi oficerami i żołnierzami. Rozrywającymi się pociskami, medalami i nagrodami. Gradem kul, potem — wypalonymi spojrzeniami. Zagryzamy obiadami, popijamy winami i zakopujemy łopatami. Opiniami rozłupanymi, nastrojami niezrozumiałymi. Marzeniami nieziszczalnymi, horyzontami bezkresnymi. Przez bystrzyny, połatane, ledwo dyszą zmęczone zastawki. Dusze poddanych zbyt już zgięte pod nieumytymi łapami współbraci. Tarantinowskimi świtami i nabokovowskimi zachodami, Gagarinowskimi lotami, kosmicznymi rakietami, Tiutczewa młodego gromu grzmotami. W strachu przed szybkimi karmami, pustymi czakrami, niesmacznymi karmami, spornymi normami, przykrytymi chlebem kieliszkami, kobiecymi czarami, biblijnymi karami, przepełnionymi barami, więziennymi pryczami, ciosami losu, czerwonymi opaleniznami, i tym, co zostało za kadrem. Boimy się jak diabli być starymi. Jechać z wyłączonymi światłami. Albo Klarą z koralami, pieniędzmi — nieważne, dużymi czy małymi. Oszalałymi, posiwiałymi, samotnymi i niesłusznymi. Boimy się być… boimy się nie stać się… boimy się… na każdym kroku. Boimy się wierzyć albo nie wierzyć… Boimy się dotknąć prawdy i już nigdy się nie obudzić.
Roboczy przekład, autor jeszcze go poprawia · napisane po rosyjsku