Moje języki
← Wszystkie wiersze

Wiersze z taboretu · 2026

Kiedy nie ma kiedy

Kiedy nie ma kiedy zajrzeć do środka — potem nie obejdzie się bez bólu. Żeby ogarnąć cały ten sprzęt — nie wystarczy sama siła woli. No to zerknąłem, cichutko, przelotnie, po wierzchu, ciachnąwszy kosą. Szybko chowa się ostrze we wkładkę. Zaczyna boleć powłoka. Ale nie tak, żeby cała i od razu. Ogniskami, to tu, to tam to. To pierwsza: „Lekka faza”. Dalej — więcej. Śmiertelne salto. Wybija ciału podpory, zmuszając rozum, by się zbudził. Niechęć rwie się, z naporem, wziąć wszystko w garść w ciągu paru dób. Potem ciągnie się łańcuch zbiegów okoliczności: wtopy w pracy, z przyjaciółmi. Po kilku mocnych upadkach faza druga: „Niekończące się doły”. I tu już bez pomocy bliskich nie da sobie rady nieborak. Na ślepo wchodzi w ryzyko z na wylot przewianą bańką. Granic nie ma, i bez bliskich nie ma szans… A, mam gdzieś i to tu, i to tam to. Jest wyjście ze stałego transu… Trzecia faza: „Śmiertelne salto”.
Roboczy przekład, autor jeszcze go poprawia · napisane po rosyjsku